niedziela, 25 maja 2014

mam kota na punkcie...kotow cz.5

zakupy z ostatniego czasu :

zegarek z chin :P





koszulka  z primarka


i moja ostatnia zajawka PUZZLE





koniecznie z kotami:D


a jak  sie powieksza  wasza kolekcja?
 jestem bardzo ciekawa...:)



15 komentarzy:

  1. o rany! też moja kolekcja rośnie, a ja nie mam kiedy tego wszystkiego pofotografować ;) mam taki sam zegarek, tylko w kolorze srebra...i też nabyłam koszulkę z kotem ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. to lepiej znajdz :P
      uwielbiam ogladac takie rzeczy :)

      Usuń
  2. Mam podobny zegarek.
    Koszulka jest świetna.
    Aż się boję liczyć te wszystkie kocie gadżety. ;-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ojej, kiedyś muszę obfocić moje gadżety. Mam podobnie.
    Koszulka jest świetna...szkoda, że nie ma u mnie tego sklepu:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Ułożenie tych puzzli musi być szalone :D
    Koszulka świetna :)
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :);):) w tym szalenstwie jest metoda :P

      Usuń
  5. Oj, na widok tych puzzli zaczęłam odczuwać niezdrową zazdrość ;-))))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. wyszukuje je w lumpeksach za grosze :) polecam

      Usuń
  6. Jestem zachwycona puzzlami :-))
    Koszulka i zegarek też super ;)

    A ja niedawno pokazywałam swoje nowości na blogu...

    OdpowiedzUsuń
  7. Widzę, że faktycznie masz kota na punkcie kotów, to może napiszę parę słów o "moich-niemoich" :) W Polsce miałam dwa czarne kocury jak przystało na wiedźmę z prawdziwego zdarzenia ;) W Irlandii nigdy świadomie nie weszłam w posiadanie kota, bo wydawało mi się, że zwierzak nie byłby szczęśliwy w domu, w którym przez większość dnia nikogo nie ma. Tymczasem los zdecydował za nas. Pewnego dnia pojawił się u nas śliczny biało-czarny kocur. Zaczęliśmy go dokarmiać, a on składał nam regularne wizyty. Dosłownie wpadał do nas :) Później okazało się, że kot został porzucony, a jego właściciele wyjechali do Anglii... Z czasem wzbogaciliśmy się o drugiego kota. A raczej kotkę. Pewnego dnia na naszym parkingu znalazł się niewielki, za to diabelnie głośny kot. Wyglądało na to, że się zgubił, albo został porzucony. Mała chodziła po osiedlu miaucząc żałośnie. Zrobiło na się jej żal - nakarmiliśmy, wygłaskaliśmy i wypuściliśmy. Małej się to spodobało. Nie skończyło się na jednej wizycie. Teraz mała leży na dywanie za moim fotelem obrotowym. Nie jest już mała :) Ma ogromny brzuszek i niedługo zostanie mamą :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. super, bardzo szanuje ludzi, ktorzy martwia sie o koty i wogole zwierzatka, naszczescie nie napotkalam jeszce porzuconego kota, ale mysle o drugim, maz stwierdzil, ze nie kupimy drugiego tylko pomozemy jak cos takiemu w potrzebie...:P
      nie myslalas zeby wysterylizowac kotke?
      pozdrawiam

      Usuń
  8. Widzisz, tak naprawdę to ja nie mam pewności, że ona nie ma właściciela. Nie jest zaniedbana i wychudzona. Nie zawsze przesiaduje u nas pod domem. Czasami całymi dniami jej nie ma, wraca wieczorem, żeby się najeść i wtedy przeważnie wpuszczamy ją do domu. Dziś mam dzień wolny, a ona kręciła się pod domem, więc ją wpuściłam. Oswoiliśmy ją i czuję się za nią odpowiedzialna. Dlatego teraz mam wielki i twardy orzech do zgryzienia. Niedługo się przeprowadzamy i boję się, jak to będzie z kotami. Strasznie mnie to gnębi...

    Wiesz, jakie są koty - czasami maja więcej niż jeden dom. Żartujemy sobie, że jesteśmy darmowym kateringiem dla nich - ciężko byłoby mi zliczyć wszystkie irlandzkie koty, które dokarmialiśmy. Przychodzi do nas np. kotka bardzo podobna do naszego kocura. Wiem, że ma dom, bo kiedyś widziałam, jak jej właścicielka wpuszcza ją do domu. Mimo tego ona od czasu do czasu pojawia się u nas. Żeby się najeść :) Inna z kolei wpadała przez okno tylko po to, by poleżeć i wypocząć. Widać łóżka mamy komfortowe ;) A może w domu, w którym mieszkała [miała obróżkę z imieniem], były małe dzieci, które ją "męczyły".

    Ja mam dobre serce dla zwierząt. Strasznie boli mnie ich krzywda. Nienawidzę ludzi, którzy je krzywdzą. Sama mam wtedy ochotę zrobić im krzywdę. Jak byłam mała, to prawie płakałam, jak brat zabijał muchy albo przypalał im skrzydła zapalniczką [a ponoć każde dziecko to aniołek] ;) Na szczęście wyrosłam z tego i teraz sama zabijam je z premedytacją. Za to, że roznoszą bakterie i mnie irytują. Ale ciągle nie jestem obojętna na krzywdę zwierząt. Opiekowałam się kiedyś nietoperzem z uszkodzonym skrzydłem... dopóki nie zjadł mi go kot. Wiesz, ile potem rozpaczałam? :) A tu w Irlandii kiedyś mieliśmy pod opieką trzy cudne jaskółki. Wypadły mamie z gniazda i nie potrafiły jeszcze latać. Jako że nie mogłam ich wsadzić z powrotem, zabrałam je do domu. Nawet nie wiesz, ile było zachodu z tym, by je nakarmić... Pęsetą wkładaliśmy im do dziobków pokarm. Pierwszego dnia Połówek przekopał ogródek w poszukiwaniu dżdżownic :) Potem było łatwiej. Pojechał do sklepu z przynętą na ryby, żeby nabyć jakieś robale. Jak się właściciel dowiedział, że potrzebuje pokarm dla jaskółek, darmowo zaopatrywał nas w robaki dla nich. To był przemiły gest. A nasze małe cudnie się rozwijały, tylko strasznie brudziły ;) Polubiły i zaakceptowały nas do tego stopnia, że prosto z pudełka, gdzie mieszkały, wychodziły nam na ręce. Uczyliśmy je latać... a one w ramach rekompensaty lądowały mi później na głowie :) Czyli jednak miałam rację, że moje włosy wyglądają jak siano ;) Nawet ptaki to dostrzegły :) Przykro było się z nimi rozstać. Wypuściłam je do ogródka, ale w moim sercu pozostały na zawsze :) Mam w domu ich zdjęcie w ramce, wariatka, nie? ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. absolutnie nie! i tez mam siano na glowie, pogoda nie pomaga w utrzymaniu ich prostych :P

      Usuń